Urodzony, by być wolnym

Nowatorskie metody dr. Andrzeja Krzywińskiego wzbudziły ogromne zainteresowanie specjalistów zajmujących się ochroną cietrzewi. Wcześniej, mimo dużych kosztów prowadzonych od lat badań, nie udało się uzyskać stabilnych efektów. Dr Krzywiński pokazał, że może być inaczej.

Dr Andrzej Krzywiński z wolierowym kogutem głuszca

Na spotkanie z dr. Andrzejem Krzywińskim jechałem do białostockiego szpitala. Trafił tam nagle i kiedy stan jego zdrowia na to pozwolił, możliwe było przygotowanie tego materiału. Na co dzień szorstki i twardy dla osób, które go nie znają, przed bliskimi odkrywa duszę romantyka zafascynowanego polską przyrodą. Poznaliśmy się, gdy pracował w Dziale Jeleniowatych Stacji Doświadczalnej Instytutu Genetyki i Hodowli Zwierząt PAN w Popielnie. Od zawsze związany był z Puszczą Piską.

Droga do Kadzidłowa

Zna ten teren, ponieważ w Nadleśnictwie Szeroki Bór w latach 1963–65 zbierał materiały do pracy magisterskiej. Już na trzecim roku studiów, pod okiem prof. Habera, jako asystent wolontariusz pracowa na terenie Nadleśnictwa Szeroki Bór, gdzie powstawała Stacja Doświadczalna Katedry Gospodarstwa Łowieckiego Wydziału Leśnego SGGW. Profesorowi zależało, by na miejscu był ktoś z katedry. Pasją Krzywińskiego była jednak ornitologia, dlatego na studiach skupił się na kurakach leśnych. Wówczas, podobnie jak teraz, Puszcza Piska była ciekawym terenem łowieckim. W latach 70. populacja cietrzewia szacowana była na 40 tys. sztuk, z czego do dziś pozostało około 5 proc. Wówczas nikt nie myślał, że z cietrzewiem będzie tak źle.
Profesor Marian Nunberg namawiał Krzywińskiego, by na tym terenie doprowadzić do introdukcji głuszca. W opublikowanej pracy naukowej niemieckiego małżeństwa Heinrothów, którzy całe swoje życie pracowali nad metodami odchowania niemal wszystkich europejskich ptaków od jaj, ale nie udało im się dochować do wieku dojrzałego głuszca, cietrzewia i jarząbka ani tym bardziej je rozmnożyć. Nic nie wróżyło sukcesu. Z ich badań opublikowanych w dwóch tomach obszernej publikacji, w których opisanych jest około 200 przypadków odchowanych ptaków, wynikało, że nie mają one szans na przeżycie dłużej niż pół roku. Przyczyną tego były np. trudne do opanowania grzybice, choć w zasadzie ptaki atakowane były przez wszystkie możliwe choroby. Wtedy powstawały hipotezy o ograniczaniu lub wręcz zakazie pracy kobiet przy hodowli wolierowej – ewentualne infekcje mogły brać początek od wnoszonych przez nie bakterii, które infekowały narządy rodne samic ptaków (teza znajduje dziś praktyczne zastosowanie w Wiśle, gdzie opiekunami głuszców są wyłącznie mężczyźni).

Zabrakło umiaru

Wychowany na książkach prof. Sokołowskiego i dokładnie studiując literaturę, doszedł do wniosku, że – poza nieodpowiednią karmą i problemami bakteryjnymi – przyczyną braku sukcesów może być zupełnie inny problem. Po skończeniu studiów, kiedy działał już w Stacji Badawczej w Szerokim Borze, z pierwszych poborów, a nie były duże, dokładając zaskórniaki, wybudował pierwszą wolierę. Ponieważ cietrzew był gatunkiem łownym i licznie występował na Mazurach, odłowienie kilu osobników nie nastręczało żadnych problemów. W leśnictwie Pogorzele, na pasach pod liniami wysokiego napięcia, zawsze tokowały koguty. Odstrzały były wydawane. Przyjeżdżali myśliwi, strzelali koguty. Patrzył tylko ze zdziwieniem, jak kiedyś myśliwy, z jednej budki, strzelił pięć kogutów. Nikt nikomu nie robił ograniczeń. Osobiście, na tyle okazji i możliwości, jakie miał w swoim życiu, strzelił tylko jednego cietrzewia. Podobnie było z jarząbkiem. Zawsze uważał, że przeżycie polowania jest najważniejsze. Być może, jeśli w porę udałoby się opanować zachłanność wielu myśliwych, łatwiej by nam dzisiaj było walczyć z zamieraniem gatunków.
Kiedyś zadzwonił do Andrzeja Krzywińskiego nadleśniczy z Nadleśnictwa Czarna Hańcza (kolega ze studiów inż. Zbigniew Godlewski) z informacją, że na zrębie tokuje kogut głuszca, który atakuje pracownice. Trzeba było reagować szybko, bo może się zdarzyć, że ktoś z miejscowych go zatłucze. Wsiadł na motor i przywiózł ptaka do woliery. To był piękny, okazały głuszec. Po jakimś czasie został wypuszczony i był widziany przez myśliwego w zupełnie innym miejscu, odległym o 8–9 km. Na wiosnę pojawił się znowu w miejscu wypuszczenia – tokując, przepędzał ludzi. Jeszcze przez kilka sezonów widywany był w tym samym miejscu. Głuszec był przykładem udanej translokacji ptaka. Tym sukcesem pochwalił się dr. Wirgiliuszowi Żurowskiemu z Polskiej Akademii Nauk. Wyprawa odbywała się trabantem. Podjechali stosunkowo blisko, nie wyłączając silnika, a głuszec – przyzwyczajony do odgłosu samochodu – nie przestał tokować.

Ażurowa woliera ustawiona na wrzosowisku umożliwia samicy obserwacje terenu i ostrzeganie młodych przed niebezpieczeństwem

Po tym zdarzeniu Krzywiński został zwerbowany przez Żurowskiego do stacji PAN w Popielnie. Głuszec jeszcze przez dwa lata był widywany w łowisku – zginął tragicznie, zabity przez grzybiarza. Przez kolejne ćwierć wieku Krzywiński zajmował się w PAN jeleniowatymi, ale jakieś niespełnione marzenie ciągnęło go do kuraków. Po zrobieniu doktoratu stanął przed dylematem, że umykają w przeszłość dawne, wspaniałe dla niego czasy częstych kontaktów z kurakami. Było ich coraz mniej. Na początku lat 90. otrzymał naukowy grant, który realizował przez trzy lata, już w Kadzidłowie, gdzie jako osoba prywatna mógł bez reszty zająć się kurakami.

Rozmiar ma znaczenie

Dr Krzywiński opracował sposoby zabezpieczania wolier, procesu znoszenia jaj oraz doczekał się pierwszych piskląt głuszca w ośrodku kuraków leśnych. Opierał się na własnym doświadczeniu i praktyce. Opracowana przez niego metoda nie jest skomplikowana, jednak wymaga ogromnej ostrożności, odpowiedzialnych ludzi, którzy pracują przy ptakach. Trzeba ich koniecznie przeszkolić i, jak to bywa w prostych realizacjach, zawsze trzeba się liczyć z niespodziankami, zupełnie nieprzewidywalnymi reakcjami zwierząt. Trzeba na miejscu niemal bez przerwy być i niezwykle uważnie obserwować zachowania ptaków. Dlatego, między innymi, ich zachowania są diametralnie inne od zachowań tych żyjących na wolności. Stąd również spostrzeżenia i wnioski nierzadko są pionierskie.
Im większy kurak, tym jego hodowla jest łatwiejsza. Najtrudniejszym gatunkiem jest jarząbek. Im mniejszy organizm, tym delikatniejsze narządy i procesy w nich zachodzące, a skala oddziaływania środowiska na każdy organizm, wraz ze wszystkimi zagrożeniami, jest taka sama.

Trzymiesięczne ptaki są w pełni lotne

Swoje badania skupił na cietrzewiu, natomiast jarząbek miał być doświadczeniem porównawczym. Decyzja była słuszna, ponieważ głuszec znajduje się w znacznie lepszej sytuacji – istnieje ośrodek w Wiśle. Jeden z doktorantów nieżyjącego już prof. Fruzińskiego udowodnił, że nie stwierdzono w Polsce przypadku odchowu piskląt cietrzewia w niewoli. Starania, aby ten fakt zmienić, poszły w kierunku naturalnej karmy i naturalnego wylęgu. Pomocne były doświadczenie i obserwacje hodowli w Szwecji i na Białorusi w latach 60.

Metoda naturalna

Wybrał więc naturalny kierunek hodowli: nie przeszkadzać, a ułatwiać egzystencję. Ptaki trzymane są w dwuczęściowych wolierach. Kiedy jest ładna pogoda, kuraki wychodzą na piasek, ziemię przywiezioną z terenu naturalnego występowania ptaków, obsadzoną roślinnością występującą w naturze. Takie wybiegi wcale nie muszą być dużymi obiektami. Nie są one eksploatowane cały czas, lecz służą podniesieniu komfortu, np. podczas toków, i tylko wtedy, gdy warunki pogodowe temu sprzyjają, np. za dnia.
Daje to efekt samoistnego wysiadywania jaj przez kury, bez konieczności przenoszenia lęgu do inkubatorów. Podczas hodowli ważne jest dostarczanie pokarmu takiego, jaki jest w danej chwili dostępny w przyrodzie. Oczywiście wymaga to dodatkowych wysiłków i nakładów pracy, ale jest zachowana różnorodność pokarmowa taka, jaką ptaki mają w naturze. Jak są pąki, dostają pąki, jak jest wrzos, dostają wrzos.

Cietrzewie po raz pierwszy, w tym roku, wyprowadziły lęg w wolierkach na wrzosowisku

Szczęśliwie dr Krzywiński mieszka w samym środku Puszczy Piskiej i ma niczym nieograniczony dostęp do naturalnej karmy. Dzięki odpowiedniej diecie nie ma problemów z płodnością i cyklem rozrodczym. Cietrzewie zaczęły się rozmnażać od razu i efekty pracy napawały optymizmem. Powstawały nowe pomysły. Czy odpowiednio ułożona matka, cieciorka, będzie się identycznie zachowywać w lesie i w wolierze? Założeniem było, żeby młode nigdy nie odczuły, że są zamykane, a jednocześnie odpowiednio przystosowana kura miała je wodzić po lesie.
W behawiorze kuraków obowiązuje zasada, że młode chodzą samodzielnie „ławicą”, natomiast kura z odległości 20–50 metrów daje znaki głosem, ostrzegając przed zagrożeniami. Zostało to wykorzystane. Pierwsze tego typu doświadczenie przeprowadzono w Kadzidłowie w 2004 roku. Hodowla była zorganizowana w formie obozu w lesie, na wrzosowisku. Teren został ofladrowany, a cieciorki zamknięto w niewielkich wolierach przypominających kosze. Nowo wyklute pisklęta przenoszono na otwarty teren, lecz młode mogły w każdej chwili wejść do matki. W diecie młodych znajdowały się głównie owady i jagody. Żerowały cały dzień z przerwami, kiedy to wracały do matki, żeby się ogrzać. Były przy kurze również w nocy. W każdej chwili mogły wchodzić i wychodzić z woliery w której znajdowała się matka.
Wolierki z kurami przenosi się co kilka dni w inne miejsce po to, by w sposób zbliżony do naturalnego imitować przesuwanie się stada. Jednocześnie u młodych wyzwala to zachowanie szukania pokarmu. Kiedy padało, podawano jagody lub owady zmagazynowane w chłodni. Odchowanych w ten sposób ptaków już się nie przesiedla, pozostają w miejscu, w którym się wykluły. Nawet drapieżnik, który nocą zakradnie się do stadka młodych, nie jest w stanie zlikwidować całego lęgu. Młodzież ratuje się ucieczką, na kształt gwiazdy, każde w inną stronę. Po jakimś czasie wracają jednak w to samo miejsce. Do początku października głuszki i cieciorki przestają wodzić młode. Wówczas matka zabierana jest z powrotem do woliery stacjonarnej. Młodym nie jest już do niczego potrzebna.

Podstawowe założenia

Podstawowym założeniem takiej metody jest teza, że ptak, który w przyszłości ma być wolny, nie może wcześniej przebywać w zamkniętej wolierze. Zabiegi kiedyś praktykowane, gdy pisklęta były zapędzane do zamkniętego pomieszczenia, np. z powodu deszczu, powodowały dodatkowy stres. Kiedyś w czasie lęgów wystąpił duży grad; tak duży, że ludzie chowali samochody pod drzewami. Jednak żadne pisklę, a były świeżo wyklute, nie ucierpiało. Ptaki w trudnych sytuacjach dobrze wiedzą, co mają robić, jeśli tylko nie zahamuje się ich naturalnego behawioru. Odpowiednio przygotowana kura głosem ostrzega młode przed niebezpieczeństwem.

Trzytygodniowe pisklę cietrzewia żerujące na wrzosowisku

Ostatnio w związku z zastosowaniem telemetrii, w wielu krajach środkowej Europy mówi się o problemach z reintrodukcją kuraków. Wbrew oczekiwaniom wiele programów nie przyniosło spodziewanych rezultatów. Właśnie przy pomocy telemetrii stwierdzono, że przy metodzie tradycyjnej – odchowu ptaków w wolierach i wypuszczaniu w teren – 75% ginie w pierwszych tygodniach. Udane wsiedlenie pochodzi nie z introdukcji ptaków odchowanych w wolierach, a z translokacji (odłów ptaków dzikich z naturalnych warunków i przesiedlenie). Przeprowadzone w Finlandii badania na tuszach strzelonych kuraków wykazały dużą różnicę w wielkościach narządów wewnętrznych pomiędzy ptakami wypuszczonymi z hodowli zamkniętej a osobnikami dzikimi. Różnica dotyczyła wielkości płuc, serca i innych narządów, czyli całego zespołu podstawowych instrumentów będących motorem organizmu. Tymczasem tylko silny organizm obroni się przed niebezpieczeństwem. Można wnioskować, że cherlawe, hodowlane pisklęta znacznie częściej padały ofiarą drapieżników. Wolierowe ptaki nie mają wykształconego wzorca zachowań w obliczu zagrożenia ze strony drapieżników, a nauczenie ich ucieczki w sytuacji zagrożenia w wieku trzech miesięcy jest niemożliwe. To tak, jakby próbować nauczyć sportowca pokonywać wysiłek olimpijczyka w wieku 25 lat. Trenować należy od małego. Umiejętność odszukiwania pokarmu w terenie i jego właściwy wybór to doświadczenie, którego nie sposób zdobyć w wolierze.

Przechytrzyć wroga

Ale nawet w stosunku do drapieżników dr Krzywiński ma niepospolite spostrzeżenia. W pobliżu wiosek i miejskich przedmieść drapieżników jest bardzo dużo. Tam, gdzie żyją cietrzewie, w siedliskach borowych, jest ich znacznie mniej. Zarówno drapieżników ssaczych, jak i ptasich, ponieważ i pożywienia jest mniej. Ale – co wiedzą wszyscy myśliwi – mimo że są to siedliska słabo produktywne, drapieżniki się pojawiają. Dlatego teren, gdzie przebywa kura z młodymi, zostaje ofladrowany. Oprócz wilka, o czym wiemy, na fladry reagują również jelenie, dziki i lisy. Te ostatnie przez pierwsze dwa miesiące. Potem się przyzwyczajają. Kura kierująca, która ostrzega młode, jest jednak widoczna, np. dla gołębiarza. Nie stosuje się żadnych systemów maskowania. To ona ściąga na siebie drapieżniki, ostrzegając głosem młode, które chowają się na wrzosowiskach. Po kolejnych nieskutecznych atakach drapieżnik odchodzi. Można to porównać do złodzieja. Jeśli coś jest dobrze zabezpieczone i nie przynosi łupu, wynosi się w inny, łatwiejszy teren. Z łowiska, gdzie przebywały cietrzewie, drapieżniki nie były na ogół usuwane, a zniechęcane.

Ofladrowanie terenu chroni ptaki przed czworonożnymi drapieżnikami

– Drapieżnika trzeba poznać. Pokazać mu jego nieskuteczność, która w konsekwencji doprowadzi do jego migracji – mówi dr Krzywiński. Dlatego kruk, który w tym roku wyprowadził trzy młode w pobliżu obozu cietrzewi, nie reaguje na klatkę, a poluje w zupełnie innym terenie. Do woliery, w której przebywa kura, podchodzą borsuki, lisy, kuny. Założony pastuch elektryczny skutecznie odstrasza je przed powtórnym zbliżeniem. Nauczony respektu zajmie się, jak jego poprzednicy, gryzoniami. Obserwowałem system, jakim posługują się między sobą kury, w sytuacji, gdy kilka samic znajduje się blisko siebie. Zanim jeszcze drapieżnik pojawił się w powietrzu kura, niedaleko której siedziałem, ostrzegła swoje pisklęta. Te schowały się we wrzosowisku. Ostrzegła młode, słysząc sygnał „uwaga”, dochodzący od innej kury. Dopiero po chwili nadleciał krogulec, ale młode były już bezpieczne.
Drapieżniki ściągają ptaki, które wyjdą poza fladry na odległość około 500 metrów, zostawiając tam ślady bytowania. Ale to już jest zupełnie inny czas. Są lotne i będąc w dobrej kondycji, doskonale sobie radzą.

Kurs na przyszłość

Obecnie w Kadzidłowie przeprowadzono udane próby krycia kur pochodzących z hodowli dzikim samcem.
Nie dość na tym, bo ten sam system chce wykorzystać w przypadku rysia. Po co sprowadzać osobnika z Białorusi, skoro można wprowadzić domieszkę nowej krwi, wykorzystując samca z dzikiej populacji. Można wprowadzić pulę genową taką, jaka jest dla danej populacji najlepsza.
Zależy nam na utrzymaniu naszych, czystych genetycznie populacji. Istnieje przecież bardzo dokładne dopasowanie ptaków do konkretnego terenu, na jakim dotychczas żyły. Przy braku korytarzy ekologicznych, kiedy gatunek występuje wyspowo, populacja w krótkim czasie ginie. Przy translokacji zwierzę szuka swojego miejsca, jest ruchliwe, a tym samym ściąga na siebie uwagę wielu drapieżników. Behawioralne zachowanie ucieczki, a nie chowania i ukrycia się, zawsze powoduje ujawnienie się i atak drapieżnika. Stąd wstępna redukcja drapieżnictwa w terenie, gdzie będą w przyszłości prowadzone wsiedlania „born to be free” jest bardzo ważną kwestią. Nawet przy dużych przychówkach nadmierna liczba drapieżników nie pozwoli na ekspansję populacji.
W żadnym z krajów Europy populacja cietrzewia nie jest stabilna. Małe populacje liczące poniżej 100 ptaków są szczególnie narażone na wyginięcie. Od kilku lat prowadzone są programy poprawiania siedlisk dla cietrzewia. Opracowana przez dr. Andrzeja Krzywińskiego metoda „born to be free” daje możliwość ukształtowania wszystkich elementów behawioru ptaków dzikich. Pisklęta odchowane tą metodą wykazują znacznie lepszą zdolność przeżycia w naturalnych warunkach. Korzystają z nieograniczonej swobody, same pobierają pokarm i uczą się behawioru eksploracyjnego, unikania drapieżników i behawioru socjalnego od pierwszych dni życia.
Mamy obowiązek wobec naszej rodzimej przyrody tak reagować, żeby zatrzymać regres kuraków, a obserwując sukcesy badań i prac dr. Andrzeja Krzywińskiego, można mieć nadzieję na sukces. Nieprzekraczalna dotychczas przez innych naukowców granica została otwarta.

Andrzej Wierzbieniec

    • ©Fundacja Ochrony Głuszca 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter