Myśliwi dla gęgawy

W ostatnim roku naszego projektu badawczego poświęconego gęgawom dokonaliśmy sensacyjnych obserwacji, które zmieniają nasz dotychczasowy obraz tego gatunku. 

Ten pionierski projekt realizowany i finansowany przez myśliwych był możliwy dzięki funduszom gromadzonym podczas corocznej zbiórki tzw. jednego procenta.

Opierając się na czterech nie­zwykłych historiach, które przyniosły niespodziewane wnioski na temat życia gęgawy – jedy­nego gatunku gęsi lęgowej w Polsce – postanowiliśmy zdać obszerną relację z naszego programu badawczego. Byli­śmy świadkami nieszczęśliwej miłości i tragicznego końca lęgu chowanego pod „twardym skrzydłem” wymagającego ojca. Mamy opowieść o wybitnej nawi­gatorce bijącej rekordy prędkości i histo­rię kapryśnej księżniczki na ziarnku gro­chu. Dostarczyły je cztery z dziesięciu gęsi, które w 2016 roku zostały wyposa­żone w nadajniki GPS-GSM zakupione ze środków Fundacji Ochrony Głuszca. Ten pionierski projekt monitoringu gęgawy bardzo szybko dowiódł swo­jej merytorycznej wartości, dostarcza­jąc badaczom niezwykłych informacji na temat zwyczajów i codziennego życia gęgaw. Nikt nie spodziewał się, jak bar­dzo nasze dotychczasowe przeświadcze­nia odbiegają od gęsiej rzeczywistości.

W czerwcu 2016 roku 10 ptakom założono specjalnie skonstruowane obroże wyposażone w nowoczesne nadajniki wielkości pudełka zapałek, które pozwalają praktycznie na bieżąco rejestrować aktualne miejsce przeby­wania oznakowanych osobników. Tego rodzaju operacja przeprowadzana jest w szczególnym momencie życia ptaków – podczas corocznego pierzenia, czyli w momencie wymiany piór, kiedy ptaki na krótko tracą zdolność latania. Nie oznacza to wcale, że łatwo je schwytać – czujne z natury ptaki stają się w tym czasie wyjątkowo ostrożne i prowa­dzą bardzo skryty tryb życia. Ich odłów w specjalistyczne sieci wymaga od bada­czy nie lada umiejętności i determinacji.

Z racji, że był to program pilotażowy, w którym po raz pierwszy w Polsce wykorzystano zaawansowaną elektro­nikę, wystawianą potem na działanie czynników atmosferycznych, a także ze względu na to, że ptaki nie współ­pracują z badaczami w sposób, jakiego byśmy sobie życzyli, i wykazują się wyjątkową inwencją w próbach pozby­cia się urządzeń, z góry wiadomo było, że nie wszystko potoczy się zgodnie z planem.

W ciągu roku z dziesięciu urządzeń rejestracyjno-nadawczych zamilkło sześć – jeden ptak zginął na wczesnym etapie projektu, ale udało się odzyskać nadaj­nik, jeden zaginął bez śladu, a w czte­rech przypadkach zawiodła elektro­nika, która nie wytrzymała konfrontacji z niedocenianą siłą gęsich dziobów, które prawdopodobnie poradziły sobie z bardzo twardym tworzywem sztucz­nym i uszkodziły nadajniki. Cztery pozostałe nadajniki przetrwały pierwszy rok służby, dostarczając fascynujących danych i dramatycznych historii.

Zdradzony podróżnik

Pierwszą obrożę – z nadajnikiem o numerze P226 – otrzymał 3 czerwca 2016 roku na Jeziorze Rościńskim nieduży samiec o masie 3,3 kg. Było to dorosły ptak w wieku co najmniej trzech lat. Następnego dnia po zaob­rączkowaniu okazało się, że był on sparowany z samicą P170, która została zaobrączkowana dwa lata wcześniej na tym samym jeziorze jako pisklę. Ponieważ gęgawy uzyskują zdolności rozrodcze w wieku trzech lat, najpraw­dopodobniej był to więc ich pierw­szy lęg. I jak na pierwszy raz był to lęg od razu udany, bo para wodziła ze sobą jedno pisklę.

Po przepierzeniu się ptak odzyskał lotność w drugiej połowie czerwca. Nie­stety, nie udało się stwierdzić dokład­nej daty, gdyż najbliższe żerowisko tego ptaka znajdowało się na pobliskiej łące, na którą gąsior mógł dolatywać, ale równie dobrze mógł udawać się na nią pieszo. Faktem jest natomiast to, że swoje jezioro opuścił 30 czerwca, i to od razu lecąc 23 km na północ w okolice Jeziora Toniszewskiego, gdzie spędził kolejne trzy noce.

W lipcu naprzemiennie nocował na jeziorach Lechlińskim i Starskim w powiecie wągrowieckim oraz na Sta­wach Kiszkowskich w powiecie gnieź­nieńskim. Zbiorniki te są oddalone od siebie o 22 km i wykorzystywane były naprzemiennie co dwa, trzy dni. Z końcem lipca ptak wrócił na Jezioro Toniszewskie i przebywał w jego oko­licy do 8 sierpnia, kiedy to postanowił powędrować na północny-zachód.

Wystartował wcześnie i między 4 a 6 nad ranem znalazł się w okolicach Wyrzyska w dolinie Noteci, 32 km od Toniszewa. Stamtąd poleciał nad morze (180 km), przelatując koło Draw­ska Pomorskiego oraz Świdwina i praw­dopodobnie lądując na chwilę na Bał­tyku w okolicach Mrzeżyna i Niechorza. Nie zabawił tam długo, bo po około trzech godzinach był już 45 km dalej, na rzece Dziwnej, w połowie drogi mię­dzy Wolinem a Kamieniem Pomorskim.

Tam przenocował i następ­nego dnia poleciał pod Świnoujście (23 km) w okolice Karsiborskiej Kępy, by po dwóch dniach wrócić znowu nad Dziwną, gdzie spędził pięć dni i 16 sierpnia postanowił polecieć 148 km na południe do Parku Narodowego Ujście Warty. Nocował w samym parku, głównie między Słońskiem a Kostrzy­nem, a na żerowiska latał na pobli­skie pola, nie dalej jak trzy, cztery km na południe.

Nie zabawił tu długo – 24 sierpnia przeleciał kolejne 150 km, tym razem na południowy wschód na zbiornik Wonieść, gdzie przenocował, po czym poleciał 60 km na wschód na stawy w Miłosławiu w powiecie wrzesiń­skim. Potrzebował trzech dni, by zde­cydować się na dalszą podróż – 47 km na północ w rodzinne strony Stawów Kiszkowskich.

Podsumowując, w ciągu 20 dni sierpnia ptak wykonał pętlę, pokonu­jąc ponad 800 km i nocując w sześciu miejscach na terenie trzech województw. Po powrocie z wycieczki resztę roku spędził w rodzinnych stronach. Jego aktywność, jeśli chodzi o wędrówki, spadła praktycznie do przemieszczania się między pięcioma jeziorami i stawami w powiecie wągrowieckim, oddalonymi od siebie o 15–20 km. Niemniej jednak na żadnym z tych miejsc nie był dłużej niż kilkanaście dni i zmieniał je bardzo często. Tak było do początku grudnia, kiedy to praktycznie przestał się prze­mieszczać, a jego stałym noclegowiskiem zostało Jezioro Łęgowskie w Wągrowcu.

Za okres zimowania dla gęgaw przyj­mujemy grudzień i styczeń. Nadajnik pokazał jednak, że gąsior P226 nie podjął wędrówki i zimował w Polsce zaledwie 12 km od miejsca obrączkowa­nia, które zarazem było jego miejscem lęgowym!

3 lutego przeniósł się ze swojego „zimowiska” na Jezioro Rościńskie, gdzie pozostawał już do okresu lęgo­wego. Niestety, jak się okazało 14 lutego (w walentynki), para, którą stanowił z P170, rozpadła się. Kiedy próbo­wał podchodzić do samicy, był prze­ganiany przez innego samca. Wbrew panującej powszechnie opinii gęgawy nie są wzorem wierności. Nasz boha­ter szybko odnalazł się w parze z inną, niezaobrączkowaną samicą. Para nie miała jednak szczęścia rodzicielskiego, bo albo nie przystąpiła w ogóle do lęgu, albo go straciła. W takiej sytuacji gąsior opuścił Jezioro Rościńskie i 25 kwietnia poleciał na bardzo dobrze sobie znane Jezioro Toniszewskie, gdzie zatrzymał się na dwa tygodnie. 10 maja podjął migrację na pierzowisko i przeniósł się na Jezioro Sławinowskie w powiecie złotowskim. Dwa dni później wyle­ciał w kierunku północno-zachodnim i po około 40 km tragicznie zakoń­czył swoją wędrówkę. Co było przy­czyną śmierci ptaka, nie wiadomo. Po kilku dniach udało się odzyskać nadajnik, który leżał niedaleko truchła mocno nadjedzonego przez drapieżniki i padlinożerców…

Kapryśna gąska

Rok ze sprawnym nadajnikiem prze­trwała również gęś oznaczona nume­rem P288. Została schwytana 4 czerwca na Stawach Kiszkowskich w trakcie wizyty zespołu programu „Ostoja”, który przyjechał uwiecznić wodno­-błotne zmagania z gęgawami w cza­sie obrączkowania. Zaobrączkowana samica okazała się bardzo skrytym pta­kiem – po zaobrączkowaniu nie można było wypatrzyć jej w stadku rodzinnym. Albo przebywała w dużej grupie, albo ukrywała się w trzcinach. Jednak kiedy już uzyskała lotność, okazała się wyjąt­kowo ruchliwym ptakiem, który nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca.

Swoje rodzinne stawy opuściła natychmiast po uzyskaniu lotności. 1 lipca, zahaczając jeszcze o żerowiska położone na pobliskich polach, przeniosła się około 3 km od miejsca narodzin. Po dwóch dniach opuściła gminę Kiszkowo i poleciała 33 km na wschód od powiatu gnieźnieńskiego, nad Jezioro Kruchowskie położone w gminie Trzemeszno, skąd po kilku dniach rozpoczęła koczowniczą wędrówkę po rozmaitych zbiornikach powiatów gnieźnieńskiego, słupeckiego i konińskiego. Łącznie w lipcu noco­wała na sześciu różnych zbiornikach wodnych, spędzając na nich od jednej do trzech nocy. W sierpniu zmniejszyła aktywność, zaledwie 6-krotnie zmienia­jąc miejsce noclegu ograniczone do czte­rech zbiorników i ograniczając zasięg do obszaru gminy Trzemeszno w powie­cie gnieźnieńskim. Najaktywniejszym miesiącem okazał się wrzesień. W ciągu 30 dni zmieniała miejsce noclegu 20-krotnie, korzystając na przemian z 9 jezior położonych w promieniu 10 km. W październiku zmniejszyła aktywność, ale istotnie zwiększyła zasięg swoich wypadów – dla przykładu 8 paździer­nika na jedną noc przyleciała na Stawy Kiszkowskie (38 km), po czym wróciła pod Trzemeszno, by kolejną noc spędzić na jeziorze Lednica (33 km).

Od listopada – kiedy to „aż 20 dni” spędziła w jednym miejscu na Jezio­rze Kruchowskim – nasza gąska prze­mieszczała się stałymi trasami między jeziorami Ostrowickim, Popielewskim, Powidzkim, Niedziegiel, Kierzkowskim i Kruchowskim, sporadycznie odwiedza­jąc oddalone o 40 km Jezioro Gosławic­kie pod Koninem, coraz częściej jednak wracała w swój ulubiony rejon, który odpowiadał jej w tym czasie na tyle, że ptak wylatywał stąd na żerowiska oddalone o około 35 km w dolinie Warty w okolicach Pyzdr. Po powrocie z Gosławic praktycznie przez cały luty samica nocowała na Jeziorze Popielew­skim, co było spowodowane zapewne tym, że mróz zlodził w tym czasie więk­szość jezior, a na Popielewskim powstało duże oparzelisko, zapewniając możliwość stosunkowo bezpiecznego noclegu.

W marcu, kiedy przyszedł okres lęgowy, ptak przemieścił się nad Jezioro Wierzbiczańskie, znajdujące się 10 km na wschód od Gniezna, i tam przy­stąpił do lęgu. Dla wszystkich dużym zaskoczeniem było to, że ptak nie wró­cił do swojego rodzinnego Kiszkowa. Samica zbudowała gniazdo w środkowej części jeziora w szuwarach trzciny o sze­rokości ponad 50 m. Około 10 marca zaczęła składać jaja, a wysiadywanie rozpoczęła po pięciu dniach. Pisklęta wykluły się 13 kwietnia. Do końca maja gęsi przebywały na tym jeziorze, do czasu aż młode osiągnęły lotność, po czym nasza bohaterka powróciła do swoich dawnych zwyczajów.

W czasie jednego roku samica P288 wykorzystywała na nocleg 18 róż­nych zbiorników, zmieniając miejsce nocowania aż 82 razy. Jeśli odejmiemy od tego czas wysiadywania i wodzenia młodych, okaże się, że ptak zmieniał miejsce noclegu średnio co trzy dni…

Zimnokrwista rekordzistka

Całoroczna obserwacja możliwa była również w odniesieniu do samicy o numerze obroży P281, która wykazała się wyjątkową odwagą, sprytem i stalo­wymi nerwami. Została zaobrączkowana 11 czerwca na Stawach Kiszkowskich i ważyła 2,9 kg. W czasie akcji odłowu ptaków nasza bohaterka schowała się w trzcinach, gdzie pozostawała nieru­choma jak kamień. Niewiele brakowało, by przechytrzyła wszystkich, którzy prze­chodzili tuż obok niej i nie zauważyli jej. Schwytanie tego ptaka zawdzięczamy wyłącznie determinacji jednego z łow­ców, który upierał się, że „w tej kępie trzciny musi być jakaś gąska”.

Była ostrożnym ptakiem – w porów­naniu z opisanymi wcześniej osobnikami najpóźniej osiągnęła lotność i wyleciała poza miejsce schwytania. Zachowała ostrożność również jako matka – dopiero 15 lipca wyleciała ze stawów po raz pierwszy z jednym młodym na pobliskie pole jęczmienia. Po zakończeniu pierze­nia pozostała w miejscu lęgu aż do 12 sierpnia, kiedy to na trzy dni przenio­sła się na oddaloną o 13 km żwirownię w gminie Pobiedziska, skąd wyruszyła na letnią migrację.

Najpierw poleciała 60 km na wschód na Jezioro Pakoskie, znajdujące się na pograniczu powiatów mogileńskiego i inowrocławskiego, tego samego dnia odwiedziła żwirownię w miejscowości Wojdal koło Pakości (kolejne 20 km), Jezioro Wolickie koło Barcina (i kolejne 12 km), a na noc usiadła na śródpol­nych rozlewiskach koło Pińska w powie­cie nakielskim. 18 sierpnia opuściła Piń­sko i zaczęła kierować się na północny zachód, lecąc na zalane łąki w dolinie Noteci koło Białośliwia i po drodze robiąc sobie kilkugodzinny postój na stawach Smogulec. Następnego dnia opuściła Polskę i lecąc średnim tempem około 50 km/h, doleciała do Niemiec. Zatrzymała się około 60 km na pół­nocny wschód od Świnoujścia, w okoli­cach miejscowości Greifswald. Spędziła tam prawie dwa miesiące, nocując na wybrzeżu Bałtyku i odlatując naj­dalej 10 km w głąb lądu na żerowi­ska. Dopiero 22 października przemie­ściła się 45 km na południe w rejony miejscowości Anklam, znajdującej się po niemieckiej stronie Zalewu Szczeciń­skiego. Stamtąd 13 listopada przele­ciała 60 km na południowy zachód nad jezioro Tollense, gdzie koczowała przez kolejne 11 dni.

24 listopada wykonała kolejny 150-kilometrowy skok – utrzymując ten sam kierunek, doleciała nad Łabę w okolicach Magdeburga. Była to dość nietypowa informacja, ponieważ po raz pierwszy zdarzyło się, że gęś z polskiego projektu nocowała na rzece. Łaba widać bardzo jej odpowiadała, ponieważ noco­wała na rzece regularnie przez blisko trzy miesiące. W tym czasie przemieściła się z nurtem o 40 km na północ, przez cały czas korzystając z żerowisk znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie rzeki.

Na powrót do Polski zdecydowała się 22 lutego i zrobiła to w spektaku­larny sposób. Odcinek długości 356 km między Łabą a Stawami Kiszkowskimi pokonała jednym skokiem, zachowując niemal prostą linię przelotu i – jak się potem okazało – bijąc przy tym dotych­czasowy rekord. Średnia prędkość, z jaką ptak wracał do Polski, wyniosła 109 km/h! Nie ujmując niczego temu wynikowi, trzeba jednak wspomnieć, że nasza rekordzistka sprytnie wykorzy­stała do tego zachodni wiatr.

Po powrocie do Kiszkowa samica przebywała niemal wyłącznie na sta­wach lub w ich najbliższym otoczeniu. Gniazdo założyła na wyspie, na tym samym stawie, na którym została chwy­cona w poprzednim okresie lęgowym. Wysiadywanie rozpoczęła dopiero 25 marca. Okres inkubacji przebiegł pomyślnie, bez przykrych niespodzia­nek i po 28 dniach – tj. 21 kwietnia – wodziła za sobą dwa pisklęta. Po dwóch dniach cała rodzina przeniosła się na pobliskie jezioro Rybno Wielkie.

Ptaki spędziły tam kolejny miesiąc, kilkukrotnie przechodząc z jeziora na stawy i z powrotem, niekiedy poko­nując ten odcinek kilka razy w ciągu dnia, a także w nocy. Trudno ocenić, czym spowodowana była taka mobil­ność, bo przecież nielotne młode oraz pierzące się dorosłe ptaki były w cza­sie tych „spacerów” narażone na ataki drapieżników. Na szczęście zachowanie to nie miało wpływu na sukces lęgowy – oba młode przetrwały do czerwca i po opanowaniu sztuki latania odle­ciały razem ze swoimi rówieśnikami.

Twarda szkoła życia

Ostatni nadajnik założony w 2016 roku trafił na szyję największego gąsiora, jakiego do tej pory udało się zaobrączkować – samca o numerze obroży P290 chwycono 11 czerwca również na Stawach Kiszkowskich. Jego masa nie przekładała się co prawda na zadziorność, ale była proporcjo­nalna do sprytu, jakim się wykazał. Gąsior ważył 3,9 kg i był ostatnim ptakiem do zaobrączkowania tam­tego dnia. Wystarczył ułamek sekundy, by w momencie, kiedy wyciągany był z worka do oznaczenia, wykazał się wyjątkowym sprytem. Gąsior zasy­czał, silnym ruchem oswobodził się i co sił w wiosłach ruszył przez cał­kiem pokaźne osty i pokrzywy. Do dziś wszyscy wspominają kilkudziesięciome­trową pogoń za zbiegiem, tym bardziej że pościg odbywał się boso i w krótkich spodenkach…

Ptak ten okazał się dzielnym ojcem sześciu piskląt, które uzyskały lot­ność (dwa z nich zostały zaobrączko­wane tradycyjnymi obrożami; do dziś spotykamy je regularnie na stawach). Rodzina opuściła akwen lęgowy 12 lipca – gąsior pozostawał jednak bli­sko młodych, w pierwszych dniach nie oddalając się od nich dalej niż kilkaset metrów. Z czasem, kiedy młode nabie­rały siły, dystans do żerowisk wydłużył się do 5 km.

Ptak ten wykazał się największym przywiązaniem do swojego obszaru lęgo­wego – pierwszy raz opuścił je na noc­leg dopiero 22 września. Przez pięć dni przebywał na oddalonym od Kiszkowa o 10 km jeziorze Lednica, znanym z wyspy Ostrów Lednicki, na której to Mieszko I przyjął chrzest. Następnie powrócił do Kiszkowa, ale oba miejsca wykorzystywał na noclegowiska naprze­miennie aż do połowy listopada, kiedy to poszerzył listę swoich noclegowisk o zalane łąki i pobliskie żwirownie.

Podobnie jak większość obserwo­wanych przez nas ptaków, nie pod­jął migracji i zimę spędził w Polsce. W odróżnieniu jednak od opisanych wcześniej osobników wykazał się wyjąt­kowym przywiązaniem do miejsca obrączkowania, utrzymując się w obsza­rze o promieniu 10 km. 21 lutego zaczął pojawiać się na Jeziorze Turostowskim, oddalonym o 6 km na zachód od Sta­wów Kiszkowskich, gdzie – zgodnie z przypuszczeniami – założył gniazdo.

Nasze wcześniejsze podejrzenia, że mamy do czynienia ze spokojnym domatorem, nieskorym do podejmowa­nia wyzwań, zostały rozwiane w cza­sie wysiadywania jaj. Wbrew opinii o tym, że samce troskliwie pilnują swo­ ich samic w czasie wysiadywania jaj, okazało się, że nasz bohater od czasu do czasu nocował poza domem – nie wiemy, dlaczego opuszczał swoją part­nerkę i spędzał noce na oddalonej o 10 km żwirowni.

Wielokrotnie obserwowaliśmy obrączkowane ptaki z pisklętami, które „nagle” pojawiały się na zupełnie innych zbiornikach. Często widywali­śmy gęgawy z młodymi w nietypowych miejscach, przechodzące przez drogi lub w rowach. Spodziewaliśmy się, że rodzice zabierają swoje młode na pie­sze wyprawy, brakowało nam jednak potwierdzenia. Podobnie jak brakowało odpowiedzi na pytania, którędy, kiedy, jak szybko, jak daleko…

Wątpliwości rozwiały wydarzenia z 16 kwietnia. Dzień wcześniej najpraw­dopodobniej wykluły się pisklęta – tego dnia gąsior ani na chwilę nie opuścił jeziora, po czym poprowadził swoje młode na wyprawę, której zapis jest doskonałym uzasadnieniem wartości naszego projektu badawczego. Wyruszyli po godzinie 6 rano, samiec, udając się na północny wschód wzdłuż cieku wod­nego wypływającego z jeziora o nazwie Kanał Turostowski. Rodzina musiała przedzierać się przez gęstą trzcinę – wprawdzie płynęły z prądem, jednak tylko w niewielkim stopniu było to dla nich ułatwieniem. Kanał od dawna nie był konserwowany i jest mocno zaro­śnięty. O godzinie 8 dotarli do małego oczka wodnego wśród trzcinowiska oddalonego od brzegu jeziora o 470 m. Po kilkudziesięciu metrach trzcinowisko się kończy, dalej kanał jest pogłębiony i odmulony oraz czysty na szerokości około 80–100 cm. Jest to otwarty teren, wokół którego znajdują się pastwiska, a na nich wypasa się kilkadziesiąt sztuk bydła szkockiego. Ten 800-metrowy fragment z pastwiskiem jest wyjąt­kowo niebezpieczny dla piskląt. Pozo­stawały bez żadnej naturalnej osłony i były narażone na atak drapieżników. Na końcu pastwiska kanał przepływa pod drogą. Nie wiemy, czy przeszły dołem, tzn. rurą pod drogą, czy też wyszły na ląd i przeszły nad przepu­stem. Wiemy, że o godzinie 10 dotarły do śródpolnego oczka wodnego. W dwie godziny pokonały 1170 m.

Możliwe, że ptaki chciały się tam zatrzymać na dłużej, bo przez kolejne dwie godziny wyprawa posunęła się jedynie o kolejne 600 m. Odpoczynek mógł im jednak zakłócać samiec łabę­dzia niemego, a łabędzie, jak wiadomo, nie tolerują młodych gęgaw na swoim terenie. Po opuszczeniu „łabędziowego” stawu ptaki dotarły kanałem do rzeki Małej Wełny i stamtąd zaczęły się kiero­wać na wschód w kierunku Kiszkowa. Jak dotąd płynęły wąskim osłoniętym ciekiem wodnym i w dodatku z nurtem. Od wpłynięcia na rzekę musiały walczyć z prądem wody i z wiatrem. Od godziny 12 do 14 ptaki wędrowały korytem rzeki, docierając do pierwszego mostu w Kiszkowie – korytem rzeki pokonały kolejne 950 m i dalej 520 m do następ­nego mostu. Żeby dostać się na stawy, zostało im tylko wyjście z rzeki, prze­bycie kilkudziesięciu metrów suchym lądem i pokonanie grobli – łącznie jakieś 1150 m. Nie wiemy dokładnie, kiedy ani w którym miejscu weszły na stawy, natomiast o godzinie 16 były już na środku dużego stawu przy Kisz­kowie. W spektakularnej i pełnej nie­bezpieczeństw wyprawie dwudniowe pisklęta przebyły 4340 m, pokonując ten dystans w czasie około 8 godzin!

Niestety, wyprawa miała tragicz­nie zakończenie. Rejestrator wskazuje, że następnego dnia samiec opuścił stawy i przez kolejne kilka dni noco­wał w różnych miejscach w promie­niu kilku kilometrów. To jednoznaczny sygnał, że pisklęta zginęły, a dla gąsiora okres lęgowy się skończył. Ptak przez kolejny miesiąc przebywał w okoli­cach Kiszkowa i dopiero 17 maja ruszył w kierunku północno-wschodnim, na pierzowisko wybierając oddaloną o 340 km wyspę Rugię… Zaskakujące, jeśli weźmiemy pod uwagę, że przez cały rok przebywał praktycznie w jednym miejscu i nigdzie nie wędrował. Jako pie­rzowisko mógł wykorzystać znane sobie doskonale Stawy Kiszkowskie, a wybrał odległe wybrzeże Bałtyku. 26 maja stra­cił lotność i przez kolejne cztery tygodnie pozostawał na małym jeziorze koło miej­scowości Bergen auf Rügen.

Historie gęgaw pozostawiają nas w ogromnym niedosycie. Osobniki pochodzące praktycznie z tej samej populacji pokazały nam, jak zróżnico­wany jest świat gęsi i jak wiele tajemnic skrywają jeszcze przed nami. Szkoda, że tylko 4 z 10 nadajników funkcjono­wały w czasie pozwalającym na zare­jestrowanie pełnego rocznego cyklu, kto wie, co jeszcze udałoby się nam zaobserwować… Ogromny koszt nowo­czesnych urządzeń warty był jednak naszych starań. Dowiedzieliśmy się, że mimo tego samego miejsca obrączko­wania ptaki nigdy nie były razem w jed­nym miejscu, a ich roczny cykl przebie­gał zupełnie inaczej. Podczas gdy jeden wyemigrował na zimę, drugi praktycznie nie ruszył się z miejsca, a trzeci zmieniał noclegowiska jak rękawiczki. Dwóm ptakom udało się wyprowadzić legi, a dwóm ta sztuka się nie udała.

Oczywiście nie można odno­sić obserwacji tych kilku osobników do całej krajowej populacji. Fascynujące historie naszych czterech bohaterów na razie pozostają odosobnione. Przed nami jeszcze wiele do zrobienia, tym bardziej gdy spojrzymy na dotychcza­sowe sukcesy. Nasz projekt zainicjował już kilka prac naukowych, a poczy­nione obserwacje nieśmiało wymuszają zmiany w podręcznikach podejmują­cych temat gęgawy. Fundacja Ochrony Głuszca dwoi się i troi, by zgromadzić fundusze na zakup kolejnych urządzeń, testowane są pionierskie technologie… Zarażamy pasją i inspirujemy, eduku­jemy dzieci, jesteśmy bodaj jedynym miejscem, w którym każdego roku zwariowani ekolodzy (w dużej liczbie myśliwi) stają ramię w ramię, by bro­dząc w błocie, uganiać się za nielotnymi gęsiami, znakować je i obserwować. A wszystko za pieniądze myśliwych przekazywane z jednego procenta, jaki może każdy z Was przekazać.

Bartosz Krąkowski / fot. Alamy.

    • ©Fundacja Ochrony Głuszca 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter