Głuszec lubi spokój

Dawniej tokowały tu setki głuszców. Dziś, choć wciąż spotyka się pojedyncze osobniki, Bory Dolnośląskie milczą. Za ten stan odpowiada wiele czynników, ale coraz częściej podnoszony jest fakt znany myśliwym od dawna. Jedną z głównych przyczyn regresu kuraków jest presja drapieżników.

109a_d

W zimowy wieczór siedzimy w pokoju nadleśniczego, pijemy gorącą kawę, doskonale pobudzającą krążenie, zwłaszcza na myśl, że za oknem minus 18 i śniegu po łydki. Rozmawiamy o tym, czy Bory Dolnośląskie będą jeszcze kiedyś świadkiem wiosennego misterium leśnych kuraków. – To jest ostatni sezon istnienia głuszca w Borach Dolnośląskich. Za kilka miesięcy będziemy o nim mówili, że był tu kiedyś. – Janusz Kobielski, nadleśniczy z Ruszowa, mówi to z pełnym przekonaniem, choć tonem niezupełnie beznamiętnym. Tak naprawdę rozmowa toczy się nie o tym, jak uratować istniejącą populację, ale czy uda się reintrodukować głuszca w ruszowsko-pieńskie siedliska. Choć nikt tego nie chce wyartykułować i nie wyartykułuje do końca rozmowy, w powietrzu wisi konkluzja, że obecnej populacji raczej nie da się uratować… Siedzi też z nami młoda, jeszcze pełna entuzjazmu, doktor Dorota Merta z Zakładu Badań Łowieckich na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie, która od kilku lat prowadzi badania nad głuszcem na Dolnym Śląsku. Dziś jest tu przypadkowo, bo równolegle prowadzi badania nad dzikiem i właśnie przyjechała zbierać materiały. Siedzi i zastanawia się, czy poprowadzi dalsze badania nad leśnym ptactwem. Rozmowa toczy się niezbyt żwawo, bo tak między Bogiem a prawdą o czym tu rozmawiać? O ptaku, którego właściwie już nie ma?

Dawna świetność

Bory Dolnośląskie były największą ostoją głuszca po tej stronie Wisły. Olbrzymi kompleks leśny, poprzecinany licznymi ciekami, grzęzawiskami, bagienkami i haliznami. Zamieszkany z rzadka, narażony na presję ludzi tylko w okresie owocowania jagód i grzybobrania, a i to niezbyt silną – bo jak daleko można wjechać w las rowerem? Jak wspominają nieliczni już nemrodzi, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych odbywały się tu – jak na polskie warunki – wspaniałe tokowiska. Edmund Buła szacował w 1969 roku, że jest tu ponad 600 głuszców. Załamanie przyszło nagle w połowie lat siedemdziesiątych. Z roku na rok populacja zmniejszała się o kilkanaście procent. I właściwie nikt nie wie dlaczego. Przecież warunki środowiskowe nie zmieniły się z roku na rok, nikt nie słyszał o jakiejś chorobie. A barwne koguty i szare kurki znikały nagle z kolejnych ostępów. Na początku lat osiemdziesiątych ni stąd, ni zowąd populacja wzrosła, by potem już ostro pikować w dół. Głuszca nie słyszano już w Sobolicach, zniknął z Wymiarek, przestał tokować koło Węglińca. Nic nie dało objęcie go ochroną gatunkową. Nikt głuszca nie strzelał, a on znikał. W końcu ostał się jedynie na terenie Ośrodka Hodowli Zwierzyny Lasów Państwowych, na jednym, jedynym obwodzie na terenie nadleśnictw Ruszów i Pieńsk. Ruszowski „nadborowy”, pracujący tu od ponad 23 lat, pamięta, że z roku na rok głuszec coraz bardziej zanikał. Było go mniej i mniej. – Trzy lata temu było ostatnie tokowisko. Teraz widujemy jeszcze pojedyncze koguty, ale tokowiska już nie słyszymy. Dlaczego? To pytanie zadają sobie wszyscy miłośnicy kuraków. Dlaczego? Póki co, nikt nie odpowiedział w sposób w pełni wiarygodny. Nie ma pewnie jednej przyczyny, choć wielu usiłuje ją znaleźć. – Kilka lat temu na jednej z konferencji usłyszałem, że winni są leśnicy. Bo wycięli starodrzewy. Mało mnie szlag nie trafił, bo jak człowiek z naukowym tytułem może prawić takie sądy, by nie powiedzieć dyrdymały.

Stosunki wodne

Wielu wskazuje raczej na zmiany środowiskowe, choć Kobielski głośno się zastanawia, jaki wpływ na populację miała rabatowa uprawa lasu. Wiosną, gdy w rabatach stała woda, to pisklę, które wpadło do nich, szanse miało niewielkie. Doktor Merta stawia raczej na zmianę stosunków wodnych, a co za tym idzie, ubożenie podszytu, a więc i zanik wielu owadów – głównego pożywienia piskląt w pierwszym okresie życia. A trzeba wiedzieć, że na terenie borów, zwłaszcza w ich zachodniej części, tuż przy Nysie (a więc na terenach, gdzie właśnie całkiem spokojnie sączymy drugą kawę) zmiany stosunków wodnych, zwłaszcza od połowy lat siedemdziesiątych, były znaczne. „Mądrość ludowa” wiąże je z rozwojem górnictwa odkrywkowego węgla brunatnego po tamtej stronie Nysy. Coś w tym musi być, bo im bardziej kopalnie podchodziły do Nysy, tym mniej wody było w gospodarskich studniach i leśnych oczkach. Władza – najpierw ludowa, a potem demokratyczna – miała to w głębokim poważaniu, bo kogoż obchodzi brak wody w chłopskich studniach daleko na zachód od Warszawy, a tym bardziej fakt, że przez ten brak znikną jakieś głuszce czy cietrzewie, których nikt w Alejach Ujazdowskich nie widział, a mało kto słyszał. I nie zadrażniało to stosunków z naszymi przyjaciółmi z NRD, a potem ze zjednoczonych landów. „Ekolodzy” też woleli się przywiązywać do drzew, by autostrada nie szła przez świętą górę, niż wybudować choćby jeden zbiorniczek retencyjny czy wyremontować zastawkę na starym rowie. Bo „ekologa” w łańcuchach na drzewie sfilmuje każda telewizja, a z łopatą w ręku już niekoniecznie.

119c_d

Wiele przyczyn

Więc jako się rzekło, pani Dorota, młody naukowiec, przy silnym poparciu nadleśniczego, stawia na zmianę stosunków wodnych, a tym samym roślinnych i, nazwijmy je: owadzich – jako jeden z głównych czynników zaniku leśnych kuraków. Można by tu jeszcze wyliczyć – jak pisało o tym ze czterech światowych naukowców – grodzenie odnowień metalowymi siatkami, o które rozbijały się ptaki, czy chemiczne zwalczanie szkodników leśnych, co spowodowało zarówno obniżenie się owocowania borówki i roślin wrzosowatych – głównych dań dorosłego kuraka, jak i zmniejszenie się liczby owadów – jedynego pokarmu piskląt. Do tego doszedł chów wsobny. Jak już zaczęło być głuszców coraz mniej, to nieuniknione stały się zmiany genetyczne spowodowane zbyt bliskim pokrewieństwem osobników. To też osłabiło populację. I wreszcie czynniki klimatyczne – coraz częściej deszczowe i zimne wiosny. A pisklęta głuszca są bardzo wrażliwe na deszcz i zimno. Wszak do 17. dnia życia nie wykształcają mechanizmu regulacji temperatury ciała. Rozmawiamy o różnych czynnikach niekorzystnych dla głuszca. Zmiany klimatyczne, woda, owady… Czekam jednak na więcej, bo znam wyniki prac zespołu pani Doroty i wiem, że gdyby nasi „ekolodzy” zechcieli je przeczytać, to byłyby im nie w smak. Wreszcie pani doktor nie wytrzymuje i odsłania karty: – Ale największy wpływ na zanik populacji głuszca w ostatnich latach ma presja drapieżników – zwłaszcza lisa i kruka.

Gwóźdź do trumny

Lis jak lis – wszyscy wiedzą, że przechera, ale ten biedny, niewinny kruk, ulubieniec „ekologów” i urzędników od ochrony przyrody? – W minionym roku zrobiliśmy eksperyment. Na dwóch obszarach chcieliśmy sprawdzić, jaka jest presja drapieżnika na gniazda. Wybraliśmy OHZ „Bory Dolnośląskie”, bo tu głuszec jeszcze jest, i wrzosowiska przemkowskie, bo tam jeszcze niedawno był. Założenie było takie – zakładamy sztuczne gniazda, takie jak głuszca, wkładamy do nich jaja – kurze, bo jakie inne? – i obserwujemy te gniazda przez 21 dni, bo tyle wysiaduje głuszka. Założyliśmy po sto gniazd w obu rejonach i codziennie je sprawdzaliśmy. Do tego w pobliżu niektórych gniazd umieszczaliśmy aparaty fotograficzne robiące samoczynnie zdjęcia w przypadku ruchu. W Przemkowie po pięciu dniach wszystkie gniazda były zniszczone! 94 proc. z nich zniszczył kruk! W Ruszowie – terenie leśnym – większy udział w zniszczeniu gniazd miał lis. Tu „podzielił się” z krukiem i trochę z leśną kuną. Gniazda przetrwały dłużej, choć do końca eksperymentu nienaruszone zostały tylko trzy. Zdaję sobie sprawę, że eksperyment był ułomny, że gdyby to były prawdziwe gniazda głuszca, gdzie siedziałyby prawdziwe kuraki, to ta presja byłaby mniejsza. O ile? Trudno powiedzieć. Nawet gdyby było to o 50 procent mniej, to i tak jest to bardzo dużo. Na podstawie tych badań zespół postawił hipotezę, zasadniczo nieróżniącą się od badań norweskich czy prowadzonych w Alpach Bawarskich, że główną przyczyną zaniku populacji głuszca na terenie Borów Dolnośląskich jest presja drapieżników. Ba, pokusił się o analizę zależności między populacjami drapieżników i głuszców. Nie miejsce tu, by epatować czytelnika tymi różnymi krzywymi statystycznymi, zależnościami dynamicznymi i równaniami regresji. Wystarczy popatrzeć na inwentaryzację łowiecką, choć też przecież ułomną. W 1995 roku na terenie Borów Dolnośląskich zinwentaryzowano 683 drapieżniki naziemne, 10 lat później było ich już ponad 2200. To wzrost o 300 procent! Inwentaryzacji kruka nikt nie robi (a szkoda), ale obserwacje leśników mówią o 10-krotnym wzroście populacji. To daje 1000 procent więcej! Moi rozmówcy kruka i lisa uznają za największych głuszcowych wrogów. Za nimi klasyfikują kunę, borsuka i dzika. Nadleśniczy mówi, że intuicyjnie zaliczyłby jeszcze jenota i szopa pracza. To nowe na tych ziemiach gatunki, z którymi tutejszy głuszec sobie nie poradził. – 40 lat temu nie było tu ani kruka, ani jenota, ani szopa. Był głuszec. Teraz jest odwrotnie. Czy tak pozostanie? – Bez zasilenia populacji, a właściwie bez reintrodukcji gatunku nic się nie zrobi – doktor Merta nie ma wątpliwości, że tylko natychmiastowa, podkreśla: natychmiastowa interwencja może uratować głuszca w Borach Dolnośląskich. Kiedy jednak zaczynamy rozmawiać o tym, co trzeba zrobić, zaczyna brakować optymizmu.

119d_dCele i zadania

Wyliczamy po kolei: po pierwsze – trzeba zrobić analizę środowiskową, po drugie – zredukować drapieżniki, przeprowadzić program małej retencji, na końcu – wsiedlić nowe osobniki i przeprowadzić monitoring. Po pierwsze – analiza środowiskowa. Obszar jest w Naturze 2000. Nic nie można w nim zrobić bez tony papierków. Analizy takie i owakie, pozwolenia i pieczątki, tysiące słów i setki zadrukowanych kartek. Czas i pieniądze. Kto ma je wyłożyć? Po drugie – redukcja drapieżników. Zdobycie pozwolenia na redukcję kruków to we Wrocławiu sprawa niemożliwa. Pani wojewódzka konserwator przyrody nie wydaje żadnych zgód. W minionym roku występował o to Uniwersytet Przyrodniczy (dawna Akademia Rolnicza) i Zakład Badań Łowieckich na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie. Naukowcy z profesorskimi tytułami podpisali się pod wnioskiem i nic. Z lisem sprawa też nieprosta. Nazwijmy rzecz po imieniu. Myśliwi dają tu plamę na całej linii. – Dziś potrzebujemy pieniędzy na redukcję lisa, bo myśliwym trzeba zapłacić za jego strzelanie. Kiedy usłyszałem te słowa, sądziłem, że słuch mnie zwodzi. – Chcecie płacić myśliwym za strzelanie lisa czy jenota?! – Tak, doświadczenia pokazują, że bez tego nie da się zredukować lisa. A przecież trzeba to zrobić nie tylko w ostoi głuszca, ale w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Myślę, że – o ile to prawda – koledzy z kół sąsiadujących z terenami głuszca powinni ze wstydu zapaść się pod ziemię, a jeśli nieprawda, to powinni to udowodnić, dokonując prawdziwej redukcji naziemnych drapieżników. Po trzecie – mała retencja. Najpierw tony papierów – bo przecież w obszarze Natura 2000 nawet kichnąć nie można bez odpowiedniego zezwolenia, a później pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Jakimś pocieszeniem może być informacja, że Lasy Państwowe skonstruowały program tworzenia małej retencji i dostały na to środki europejskie. Więc może Bory Dolnośląskie też na tym skorzystają, co pozwoli odtworzyć choćby częściowo warunki środowiskowe dla głuszca, a przy okazji i cietrzewia. Wreszcie element czwarty – reintrodukcja. – Nie ukrywam, że chcielibyśmy to zrobić metodą opracowaną przez dr. Andrzeja Krzewińskiego z Parku Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie na Mazurach. Jego doświadczenia są bardzo zachęcające. Metoda „Born to free” – urodzeni, by być wolni – wydaje się dzisiaj bardzo ciekawą propozycją hodowlaną. Problem jednak znów rozbija się o pieniądze. – Bo o ile pewnie możemy liczyć na fundusze środowiskowe, to – powiedzmy szczerze – nie mamy póki co środków na tzw. wkład własny. Niby niewiele – ze 150 tysięcy, ale rozbijamy się o mur niemożności… – stwierdza ze smutkiem młoda naukowiec. Nadleśniczy również rozkłada ręce. – Lasy są w trudnej sytuacji finansowej, ja nie mam ani grosza ponad to, co muszę przeznaczyć na gospodarkę drzewną. Za oknem księżyc w pełni, śniegowe czapy zwisają ze świerkowych gałęzi, a w pokoju zawisło pytanie. Czy na wiosnę w Borach Dolnośląskich będzie jeszcze kiedykolwiek wiosenne misterium tokującego głuszca?

Andrzej Brachmański

    • ©Fundacja Ochrony Głuszca 2013
    • projekt - Unia Interactive

    Facebook

    Twitter